Euro 7 ma ograniczyć wpływ samochodów na środowisko, ale może też zwiększyć rachunek wystawiany klientom. Volkswagen już zapowiedział w Niemczech podwyżki cen aut spalinowych i hybrydowych, a inni producenci ostrzegają, że także w ich przypadku koszty nowych wymogów będą stopniowo trafiać do cenników.
Norma Euro 7 zacznie obowiązywać od 29 listopada 2026 roku dla nowych typów homologowanych samochodów osobowych i dostawczych. Od 29 listopada 2027 roku obejmie wszystkie nowo rejestrowane pojazdy tych kategorii.
Największa zmiana nie polega na radykalnym zaostrzeniu limitów emisji spalin. Dla samochodów osobowych zakresy tlenków azotu pozostaną na poziomie Euro 6d, czyli 60 mg/km w przypadku silników benzynowych i 80 mg/km w odniesieniu do jednostek wysokoprężnych.
Euro 7 zmienia jednak sposób kontroli spalin oraz rozszerza listę elementów, które będą podlegać regulacjom. Nowe przepisy obejmą także emisję cząstek powstających przy zużyciu hamulców i opon. Dotyczy to też samochodów elektrycznych.
Dla aut elektrycznych i hybryd plug-in pojawią się też wymagania dotyczące minimalnej trwałości akumulatorów.
Volkswagen przekazał dealerom w Niemczech informację o podwyżce cen samochodów spalinowych i hybrydowych, związanej z przygotowaniem gamy do normy Euro 7. Wzrost wynosi średnio około 1-1,2%. W przypadku Tiguana daje to około 400 euro (ok. 1700 zł), więc nie jest symboliczną korektą.
Auta elektryczne obecnie nie są objęte podwyżką. Ale skala ruchu Volkswagena dobrze pasuje jednak do szerszych przewidywań branży. Producenci będą musieli uwzględnić nie tylko nowe części, ale też koszty badań, certyfikacji i prac rozwojowych.
Według analiz Komisji Europejskiej bezpośredni koszt samochodu ma wzrosnąć umiarkowanie. Dla modeli benzynowych szacunkowo wyniesie od 90 euro (ok. 380 zł) do 150 euro (ok. 640 zł), a dla diesli – od 150 euro (ok. 650 zł) do 300 euro (ok. 1270 zł). W przypadku samochodów elektrycznych koszt dostosowania ma zamknąć się w zakresie od 80 euro (ok. 340 zł) do 120 euro (ok. 510 zł).
Producenci i część niezależnych firm analitycznych patrzą na sprawę szerzej. Ich zdaniem realna podwyżka dla klienta może wynosić od 200 euro (ok. 850 zł) do 500 euro (ok. 2120 zł) na samochód. Najbardziej wrażliwe będą zapewne małe auta z niższych segmentów, gdzie kilkaset euro mocniej wpływa na końcową cenę.
Euro 7 po raz pierwszy tak mocno kieruje uwagę na emisje niezwiązane z układem wydechowym. Pył z hamulców i opon stanie się częścią regulacyjnej układanki, a to może zmienić nie tylko ceny nowych samochodów.
Droższe mogą okazać się także niektóre elementy eksploatacyjne, jeśli producenci zaczną powszechnie stosować bardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania ograniczające emisję pyłu z hamulców. Producenci hamulców, w tym TMD i Brembo, pracują nad obróbką powierzchni tarcz, mającą ograniczyć ścieranie i wydłużyć trwałość.
Takie rozwiązania mogą zmniejszyć emisję pyłu, ale prawdopodobnie będą droższe od klasycznych części. Certyfikacja ECE R90 już dziś narzuca wymagania jakościowe dla części hamulcowych, a Euro 7 dołoży do tego presję na czystość pracy całego układu.
Z drugiej strony mniej ścieralne tarcze i klocki hamulcowe teoretycznie powinny wystarczyć na pokonanie większego dystansu.
Pierwotnie Euro 7 miało mocniej zaostrzyć limity emisji silników spalinowych. Ostateczny kompromis polityczny jest łagodniejszy dla samych wartości emisji z rury wydechowej. Regulacja przesuwa jednak ciężar na dłuższą trwałość układów oczyszczania spalin i szersze testy w rzeczywistych warunkach jazdy.
Układy oczyszczania będą musiały zachować zgodność przez 200 000 km albo 10 lat, czyli dwukrotnie dłużej niż dotychczas. Dla producentów oznacza to konkretne zmiany, a dla klientów prawdopodobnie kolejną porcję kosztów ukrytą w cenie auta.
Ruch Volkswagena pokazuje, że Euro 7 może podnieść ceny jeszcze przed pełnym wejściem regulacji w życie. Nawet jeśli sama norma nie zaostrza drastycznie limitów spalin dla aut osobowych, rozszerza odpowiedzialność producentów na elementy, które dotąd nie były w centrum uwagi przeciętnego kierowcy.
Najważniejsza konsekwencja jest prosta: nowe auta mogą drożeć nie tylko przez napędy, akumulatory czy elektronikę. Do rachunku dojdą trwałość, certyfikacja, emisja pyłu z hamulców i opon oraz koszty prac rozwojowych.
Volkswagen zrobił pierwszy widoczny ruch, ale podobny zapewne rozleje się wkrótce na kolejnych wytwórców.