Volvo zakończyło produkcję dużego kombi V90, ale nie wyklucza powrotu do tego typu nadwozia. Przedstawiciele szwedzkiej marki deklarują, że obecnie obserwują rynek. Spore nadzieje budzi też nowa platforma.
W październiku 2025 roku z fabryki w Torslandzie zjechało ostatnie Volvo V90, co zamknęło rozdział dużych kombi tej marki. Mniejsze V60 pozostaje w produkcji, ale (przynajmniej na razie), nie jest planowany jego następca.
Obecnie wciąż można kupić ostatnie egzemplarze V90. Katalogowo to auto kosztuje 299 990 zł w wariancie PHEV o mocy 350 KM. W ogłoszeniach dealerów taki samochód można znaleźć już za 248 000 zł.
Teraz temat nadwozia kombi wrócił do centrum uwagi po słowach Michaela Fleissa, dyrektora ds. strategii i produktu w Volvo. Stwierdził on, że obecnie „monitoruje ewolucję rynku kombi”.
Co istotne, w segmencie, w którym SUV-y dyktują warunki, powrót kombi może wyglądać jak ruch pod prąd, ale nie musi być oderwany od realiów. Niższe nadwozie zwykle ułatwia walkę z oporem aerodynamicznym, co jest bardzo ważne w samochodach na prąd.
W tle pojawia się także perspektywa Chin, czyli rynku właściciela Volvo, firmy Geely. To właśnie tam mocno rośnie zainteresowanie autami typu kombi, szczególnie wśród modeli elektrycznych i hybryd plug-in.
Do tego teraz Szwedzi mają odpowiednią technologię do dyspozycji. Nazywa się SPA3.
Volvo podaje, że platforma SPA3 mocno odróżnia się od SPA2, stosowanego w EX90 i ES90. Określa ją bowiem jako jako rozwiązanie wywodzące się z architektury dla aut spalinowych. W tym ujęciu problemem bywa narzucone przez nią rozmieszczenie baterii, wymuszające wyższy profil samochodu.
Nowa platforma została zaprojektowana tak, by nie była „zakładnikiem” tego, gdzie i jak duży pakiet akumulatorów trzeba wcisnąć między osie.
Według Volvo SPA3 pozwala montować ogniwa w miejscach, które dotąd były mniej oczywiste, w tym poza klasyczną strefą „między osiami”. Przedstawiciele tej marki mówią także o możliwości przesunięcia części pakietu akumulatorów przed przednie koła, co ma zwiększać elastyczność w rozkładzie masy i w projektowaniu całej bryły.
Szef technologii Volvo, Anders Bell, dodaje, że w niższym aucie można ograniczać liczbę ogniw w okolicy tylnej części podłogi, bo to właśnie przestrzeń dla pasażera drugiego rzędu często wyznacza minimalną wysokość nadwozia.
Z kolei przesuwanie modułów w kierunku przodu ma tworzyć miejsce na rozwiązanie znane z Porsche Taycana i Audi E-tron GT. To obniżenie fragmentów podłogi umożliwiające niższą pozycję za kierownicą.
Efekt, jaki opisuje Volvo, jest prosty. Wnętrze ma bardziej przypominać tradycyjny samochód, a nie uterenowiony. Dla fanów niskiej linii dachu może być to jedna z tych rzadkich sytuacji, gdy technologia poprawia proporcje, a nie je psuje.
Anders Bell podkreśla, że skalowalność platformy ma pozwolić budować auta zarówno wysokie, jak i niskie, ponieważ z projektu „wypadają” elementy typowe dla napędu spalinowego, takie jak silnik, układ wydechowy czy zbiornik paliwa.
„Możemy robić samochody wysokie i możemy robić niskie. To kwestia skalowalności, którą daje usunięcie elementów napędu spalinowego i znalezienie nowych sposobów budowy struktury platformy. Możemy też budować różne typy nadwozi” – dodaje Bell.
Volvo nie wskazuje konkretnych modeli, ale Bell ponownie zaznacza, że firma może zejść „naprawdę nisko” bez sytuacji, w której pakiet baterii narzuca wysokość dachu. W teorii oznacza to potencjał dla elektrycznych sedanów pokroju S60 lub S90 oraz kombi w stylu V60 i V90.
W tle pojawia się też kontekst ES90. To dziś Volvo najbliższe w koncepcji do elektrycznego sedana, ale według tej narracji jego proporcje mają wynikać z ograniczeń architektury o rodowodzie spalinowym.